Inspektor Erlendur na topie
::: | :: | ::*:::*:::*::: Islandzkimi oczami tropienie :::*:::*:::*:: | :: | :::
RSS
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Hazard i burdel*

Ten wpis miał być zatytułowany "Na zakończenie blożenia", ale nie warto tak przedwcześnie wyrokować. Ewidentnie jednak wieloletni romans Inspektora z publiczną teczką akt z inspekcji chyli siebie ku zmianom. Być może ku końcowi. Być może ku odrodzeniu w nowej formule. Nie warto jednak - uważam - w sytuacji, gdy zmienia się kontekst praktyki kulturowej, kurczowo trzymać się jej form i wierzyć, że wciąż niosą one niezmienne znaczenia.

Blog i blożenie były dobre dla samowyrazu w erze półprywatnej. Było siebie singlowym studentem i chciało siebie być wśródludzkim bez zobowiązań żadnych za to za cenę wszelką, a mieszkało siebie w Inspektoracie pospołu z Panią Matką i nie miało siebie jakichżekolwiek szansur na pisanie od siebie dla kogoś więcej niż siebie i najbliższych, wobec których wszak zachowywało się pozory nie bycia sobą i czyniło wrażenie anonimowości w publicznej wirtualnej przestrzeni językowej. Wówczas nie było to złe, ale dziś wydaje mi siebie więcej niepotrzebne.

Dzisiaj studentem Inspektor już nie jest. Od 3 stycznia.

I w Inspektoracie nie mieszka. Od zeszłego poniedziałku.

Panią Magisterkę zdał celująco, Panią Matkę dogląda troskliwie lecz okazjonalnie, Panną Martą zachwyca siebie w nowym Inspektoracie Kocia Ochota, nie potrzebuję więc bloga do prowadzenia monologów zewnętrznych, zyskał bowiem szansę na prawdziwy dialog.

I form wyrazu znalazł dla się więcej. Dziś ma pierwszą lekcję rysunku, jutro idzie po raz pierwszy rozmawiać o pracę, w połowie lutego ukaże się jego islandzenie w jednym z czasopism z turystyki styl życia czyniących, a już od jakiegoś czasu udziela się na pewnym portalu polityczno-społeczno-kulturalnym - za tak samo free, jak na bloże, ale wszak nie brak wynagrodzenia zniechęca do blożenia - tamten portal ma po prostu większy zasięg, bardziej publiczny obieg, większą siłę oddziaływania.

To prawda, że pisząc bardziej publicznie, łatwiej doświadczyć ataku na siebie. Ale trudno. Na niekonstruktywną krytykę sram, na konstruktywną reaguję z radością, bo przypomina mi, że na szczęście świat jest ciekawy, a nie cały mój (jak mawiał Ktoś, gdyby wszyscy myśleli tak jak Ty, to świat byłby po prostu przedłużeniem Ciebie i okazałby się nieznośnie nudny).

Bloż zaczął mnie męczyć właśnie pewną samozwrotnością. Na dobrą sprawę pisałem go, zwłaszcza od pewnego momentu, gdy wpisy straciły na regularności i na audytorium spoza najbliższego mi kręgu - dla siebie, choć nigdy w życiu nie chciałem pisać dla siebie, uznając to za pełną próżności stratę czasu.

Dzisiaj czasu mam za mało na trwonienie go, a opcji aż nadto. W planach - poza dalszym statkowaniem siebie osobistym - jest doktorat, prawo jazdy, kursa językowe i artystyczne, studia podyplomowe i uzupełniające, co najmniej dwie książki naukowe (już w przygotowaniu) i może choć jedna fikcjonalna, organizacja pozarządowa, medioteka, kawiarnia, staż na końcu świata, szkolenia na jego początku i praktyki w środku, podróże, zakupy, korzystanie z dóbr kultury i wytwarzanie własnych, uczestnictwo w życiu publicznym i byt inteligibilny wie, co jeszcze.

Gdybym znalazł czas i nadarzającą siebie okazję miał, to chciałbym jeszcze:

- zobaczyć pingwiny na wybrzeżu RPA w Kapsztadzie, popłynąć lodołamaczem na daleką Północ, regularnie wracać do Islandii, Słowenii i Portugalii, nie zaniedbując nowych miejsc

- przeprojektować mój dawny blok zawierający Inspektorat na dom jednorodzinny, czyniąc furorę na biennale w Wenecji i zapewniając sobie post-post-post-jakieś miejsce do życia

- uczynić wszystko, o czym rozmawiałem z Martą w sferze I miejsca (domu), w tym powoli marzy mi się już zabawa małą kolejką z Bytem uzasadniającym jej zakup

- w ramach miejsca II (pracy) pracować inaczej niż 8 godzin dziennie codziennie

- uczynić wszystko, co planujemy z Gosią i Morim w sferze III miejsca i III sektora (od tekstów kultury przez instytucje kultury po kampanie na rzecz zmiany kulturowej)

- uczynić wszystko, co opisałem na tymże bloże w artykule o tym, co zrobiłbym z wielomilionową wygraną w Lotto

- dowieść naukowo, że nie istnieje zegar biologiczny i zdrowie

Cele więc jakieś mam. Jeśli ten bloż kiedykolwiek pomoże mi w ich realizacji, przeczytasz o tym nie gdzie indziej, lecz właśnie tu.

 

*A, jeszcze wyjaśnienie tytułu. Chciałem napisać, że są państwa, w których siły przyrody zapewniają niekończący się hazard i są także państwa, w których życie społeczne to jeden niekończący się burdel. I tezą miało być to, że oczywiście w Polsce mamy i jedno, i drugie (hazard śnieżno-powodziowy i burdel instytucjonalno-infrastrukturalny), ale okazało się, że nie powodu o tym pisać. Jedni to już i tak wiedzą, inni i tak zaprzeczą. A przy tym sam jestem i staram się być zarówno to wiedzącym, jak i aktywnie temu przeczącym. Więc napisałem zupełnie coś innego jak wyżej.

 

 

 

14:48, erlendur
Link Komentarze (1) »
sobota, 02 października 2010
Dopalacze i niedopałki

Zwykle staram siebie tego nie robić - doraźna kontrreakcja na dominujący dyskurs jest bowiem odmianą sytuacji dominacji i oporu, w której strona stawiająca opór oporem tym jedynie potwierdza porządek dominacji, gdyż działając anty- milcząco zgadza się na wejście w sytuację zdefiniowaną przez stronę dominującą. W tym sensie antyklerykałowie w imię obrony państwa świeckiego czynią obecność krzyża jednym z tematów publicznej debaty, a osoby deklarujące, że "nie wierzą w Boga" pozostają w gruncie rzeczy monoteistami. Wyjściem z tej pułapki jest działanie nie przeciwko czemuś, lecz obok czegoś, bycie zatem ani na tak, ani na nie, lecz poza. W Polsce lubimy romantycznie uwznioślać sytuację oporu (działać przeciw czemuś, przede wszystkim zbrojnie, a w każym razie zbiorowo) i deprecjonować działania, szczególnie indywidualne, ignorujące sytuację dominacji (radzenie sobie jest miałkie, pieniądze są brudne, emigracja wewnętrzna jest tchórzliwa i licha, emigracja zewnętrzna jest ucieczką z pola walki - wszelka odmowa oporu traktowana jest jak przejaw konformizmu, oportunizmu, zdrada wspólnotowych ideałów i interesów, czy wręcz kolaboracja z wrogiem). Jesteśmy wspólnotą, która historycznie dosyć często określała się anty- - wobec zaborców, wobec okupantów, wobec niedemokratycznie wybranych władz, co zasadniczo ma w naszej samoświadomości (samowiedzy?) dwie ugruntowane choć nie w pełni wysłowione konsekwencje:

(1) w chwilach pokoju/stabilizacji brak nam wspólnotowego wspólnego mianownika, przestajemy być wspólnotą - działania konstruktywne są rozproszone i każdy działa na własną rękę, "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie" (gotów zaakceptować hierarchię tytułów dopiero na polu bitwy), brak nam jakiegokolwiek jednoczącego programu pozytywnego (nawet polski pozytywizm pisany był "dla pokrzepienia serc", czyli przekonania, że kiedyś wygrywaliśmy z tymi, którzy nas gnębią)

(2) liderzy opinii, którzy chcą nas skonstruować jako solidarną wspólnotę, korzystają z repertuaru zewnętrznych wrogów (żywioły przyrody, państwa sąsiednie, organizacje międzynarodowe, władza, "oni", los), wobec których (przeciw którym) chcą nas definiować. Można powiedzieć, że każda próba budowania naszej podmiotowości zbiorowej wiąże się z uprzednio doświadczonym lub wyobrażonym uprzedmiotowieniem ze strony innych podmiotów, narzucających nam swoją dominację, którą skwapliwie choć nieświadomie potwierdzamy, stawiając jej opór.

Oczywiście empiria różni się od owego romantycznego wzorca, w dużej mierze i nie tylko dzisiaj oficjalnego, fasadowego, formalnego. Bowiem wizja Polaków "solidarnych w chwilach próby" wyklucza te doświadczenia, które zaświadczają, że jednak czasem inicjatywa należała do nas, że nie zawsze zwlekaliśmy z reakcją do jakiejkolwiek akcji - co czasem bywało chwalebne, a czasem haniebne. Na wszelki wypadek zapominamy o wszystkim: zarówno o polskim "złotym wieku kultury" i Gdyni, jak i o kolonizacji wschodnich ziem dawnej Rzeczypospolitej i wielowiekowej polityki asymilacji wobec mniejszości (nawet w II połowie XIX wieku, gdy Polaków germanizowano w zaborze pruskim i rusyfikowano w rosyjskim, Polacy, ciesząc się autonomią w Galicji, polonizowali tam Ukraińców i Żydów). Jedyne o czym pamiętamy to nieomal mityczna tolerancja religijna w Polsce okresu reformacji - ale pamiętamy to dla przykrycia faktu liczniejszych chyba przejawów nietolerancji, nie tylko na tle religijnym zresztą. Budując wspólnotę na micie wiecznego wybijania się na niepodległość z zadanej nam podległości i permamentnego jeszcze-nie-umierania (choć zawsze to już prawie, prawie!), chcemy być postrzegani jako niewinna ofiara, a zarazem jako silny naród.

Próby konstruowania czegoś obok, poza, niezależnie od sytuacji dominacji-oporu nikną w tłumie. Do tego zmierzał za PRL-u III obieg i pomarańczowa alternatywa, taka była część emigracji (w XIX wieku Norwid, w XX wieku krąg paryskiej "Kultury"), do tego zmierza każda konstruktywna krytyka medialna i polityczna (to jest złe, powinno być tak), tym dzisiaj jest chyba trzeci sektor w Polsce - działający z dala od polskich kompleksów ujawnianych tak często w sektorze pierwszym (polityka), ale też z dala od "antypolskiego" kosmpolityzmu ujawnianego tak często w sektorze drugim (gospodarka).

Wolałbym zatem nie wchodzić w spór z dominującym dyskursem na temat dopalaczy, lecz pisać dalej o erlendurstwach, ale postaram się, by ta krytyka była jak najmniej oporem dla oporu, a jak najbardziej wizją alternatywną, wychodzącą poza narzucający mi sytuację komunikacyjną dyskurs (nie da się ukryć, piszę w reakcji na).

Otóż piszę w reakcji na politykę przeciwko dopalaczom. Jest to zaiste mój opór wobec oporu, ale mój bunt nie oznacza wcale, że bronię dopalaczy - przeciwnie, swoim oporem wzmacniam ten opór, który dla mnie jest systemem dominacji, z którym walczę. Chcę przy tym wyjść zarówno poza dominację słowa, którą narzuca ruch przeciw dopalaczom, jak i poza dominację samych dopalaczy, która tak niepokoi tych przeciwnych dopalaczom.

W mediach codziennie słyszę o skutkach zażywania dopalaczy i o próbach ukrócenia możliwości jego sprzedaży. Moim zdaniem to droga skazana na porażkę tak samo, jak droga prohibicji w stanach, walka z hazardem w Polsce, czy droga wszechzakazu palenia, jaki ma obowiązywać w Finlandii.

Zamiast bowiem skupiać się na skutkach zażywania dopalaczy powinniśmy moim zdaniem skupić się na przyczynach ich zakupu i spytać, dlaczego ludzie je kupują, a zamiast walki ze sprzedawcami, powinniśmy zaproponować dialog z kupującymi.

Co do przyczyn, jest ich z pewnością bez liku i to zadanie dla sztabu badaczy, ale hipotezy badawcze postawiłbym takie, jak niżej.

Bezpośrednie przyczyny widziałbym na dwóch poziomach:

- indywidualnym: chęć spróbowania czegoś nowego/walka z nudą/niecodzienne przeżycia/uzależnienie

- społecznym: chęć wpisania się w modę/podniesienia prestiżu w grupie/bycia częścią towarzystwa (robienia tego, co "wszyscy" albo tego, co najpopularniejsi)

Widzimy tu, że są to zasadniczo te same powody, które skłaniają ludzi do innych nałogów (werteryczne samobójstwa, palenie papierosów, alkohol, narkotyki) i zasadniczo te same "popędy", które skłaniają ludzi w ogóle do wszelkiej aktywności, także tej uznawanej za obojętną dla zdrowia, np. turystyka, plotki o życiu celebrytów i wzorowanie się na ich stylu, udział w kulturze, uprawianie lub kibicowanie sportu itd.

Widzimy także, że argumenty o niszczeniu zdrowia nie będą tu brane pod uwagę, bo raczej zdrowie nie jest tu w ogóle brane pod uwagę przez użytkowników: ani jako cel zażywania dopalaczy, ani jako ich koszt.

Dlatego w rozmowie z kupującymi trzeba by posłużyć się, a więc i mieć je w zanadrzu, innymi argumentami:

- argumentami "kija": "kto potrzebuje dopalaczy, jest słaby, bo nie potrafi dobrze się czuć bez nich"

- argumentami "marchewki": "każdy jest słaby, ale ze słabościami można radzić sobie inaczej, wybierz"

Nasze państwo od lat nie ma pomysłu na "młodzież", to nie tylko kwestia dopalaczy, ale też chociażby przemocy na stadionach, graffiti na murach czy galerianek w sklepach. Moim zdaniem te różne zjawiska mają swoją wspólną przyczynę: wynikają z niezaspokojonych potrzeb ludzi - uznania, akceptacji, prestiżu, samorealizacji.

Szkolne lata zapamiętałem jako najnudniejsze i najbardziej opresyjne w życiu, nauczycieli szkolnych w większości jako sfrustrowanych niedouków, a program nauczania jako jeden wielki bezsens. Jeśli dopalacze realizują ludzkie "popędy", można by je realizować przy pomocy przeróżnych "marchewek", których po prostu brakuje: jeśli szkoła wciąż jest taka straszna, że trzeba ją odreagować, a odreagować najłatwiej poprzez dopalacze - nie ma co się dziwić, że jest na nie popyt. Gdzie szkoła, biblioteka i dom kultury służące rozwijaniu pasji i zainteresowań? Gdzie rodzice nauczeni, że warto rozmawiać nie tylko o polityce między sobą, ale też o życiu z latoroślą? Gdzie centra rozrywkowo-sportowe z ofertą dedykowaną młodszej klienteli? Odejdźmy w szkole od rutyny tygodniowego rozkładu zajęć i mobbingu permanentnego oceniania za wszystko, nauczmy rodziców żyć z dziećmi i dzieci żyć z rodzicami (i tego, jak się od nich usamodzielnić, tj. nauczyć posługiwania się światem), pozwalajmy zadawać pytania zamiast wymagać udzielania odpowiedzi według klucza, zaproponujmy coś atrakcyjnego w czasie wolnym, wprowadźmy etykę życia społecznego i antropologię kultury, żeby wychować obywateli cieszących się wolnością i godnością, którzy rozumieją, że sami odpowiadają nie tylko za siebie, lecz także za świat wokół (kto nie chodzi na wybory - niech nie narzeka na władze, kto rzuca niedopałki na chodnik - niech nie narzeka na brud itp.), którzy będą pamiętać także poza szkołą i w dorosłym życiu, że krytyka kultury nie musi wiązać się z jej radykalną kontestacją, że świat nie jest czarno-biały i stworzony taki, jakim jest raz na zawsze - że to oni go sami kolorować.

Gdy przy tym wszystkim ktoś jeszcze będzie chciał kupić dopalacze, będzie to jego świadomy wybór konsumencki. Takim osobom proponowałbym dodatkowe dobrowolne ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej za własne zdrowie. Kto trafi do szpitala z diagnozą wykrycia substancji psychoaktywnych w ogranizmie i nie będzie w rejestrze ubezpieczonych od tego typu wypadku - niech za swoje leczenie zapłaci sam, tak jak za wgnioty w masce swojego samochodu płaci kierowca, który nie wykupił auto-casco. Natomiast odgórne zabranianie obrotu dopalaczami ze względu na ich skutki zdrowotne jest równie karkołomne co jakże dziś nierealistyczna opcja wycofania sprzedaży samochodów z powodu dużej liczby ofiar śmiertelnych i rannych wśród uczestników ruchu drogowego.

05:12, erlendur
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 13 września 2010
Metropolia... Part Two

Dojechało po trzech latach od oddania I odcinka, w 1998 roku. Tutaj relacja między nazwą stacji a przestrzenią nie jest jasna. Oto bowiem z jednej strony stacja Centrum potwierdziła swoją nazwą obecność centrum Warszawy w okolicach skrzyżowania Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich, jednakże Centrum było tam zdefiniowane wcześniej: zarówno przez słynny drogowskaz podający liczbę kilometrów do stolic europejskich, jak i przez nazwy przystanków autobusowych i tramwajowych, które w tym miejscu nazywały się i nazywają "Centrum". Jest to jedyny przypadek w Warszawie, by po oddaniu do użytku stacji metra nie zmieniono nazw przystanków komunikacji naziemnej (np. Metro Świętokrzyska zamiast Świętokrzyska, Metro Ratusz-Arsenał zamiast Plac Bankowy czy Węzeł Młociny zamiast Huta). Pozostała nazwa "Centrum", bez słowa "Metro". Oznacza to, że nie jest to w oczach onomastów li tylko "Metro Centrum", lecz faktyczne, bezprzydawkowe Centrum.

Stacja Świętokrzyska to nazwa przyjęta chyba na fali amnezji etymologicznej. Mało kto kojarzy w tej nazwie odniesienia do Świętego Krzyża i kościoła pod tym wezwaniem na Krakowskim Przedmieściu, w którego okolice prowadzi ulica Świętokrzyska. To ona sama, jako kolejna przecznica linii metra, przy której ulokowana jest stacja, jest tu źródłem nazwy stacji. Egzegezy w stylu stacji wilanowskiej "Wilanowska" czy racławickiej "Racławicka" tu nie znajdują już kompletnie żadnego uzasadnienia. Stacja została oddana do użytku w 2001 roku, gdy nazwa odnosząca się do krzyża była już (i jeszcze ;-)) OK, ale nazwa ta pochodzi, jak niemal wszystkie na I linii, z czasów PRL.

Stacja Ratusz Arsenał, również oddana w 2001 roku, to mój hit. Podobno początko miała się nazywać Plac Dzierżyńskiego, a od paru lat nazywa się Ratusz Arsenał. W planie budowy z 1983 roku, do którego dotarłem, widnieje nazwa "Ratusz". To majstersztyk kompromisu w polityce historycznej i zarazem ugrania czegoś jeszcze. Nazwa "Plac Dzierżyńskiego" zapewne by się nie przyjęła, bo plac ten przed wojną (tak jak obecnie) nazywał się Plac Bankowy i tak był nazywany potocznie, ze względu na siłę przyzwyczajenia, ale i niechęć społeczeństwa do Dzierżyńskiego. Arsenał odpadał, bo przesadnie kojarzył się z nieludowym ruchem oporu w czasie II wojny światowej (akcja pod Arsenałem) i antyrosyjskością (powstanie listopadowe). Dodanie słowa Arsenał to przejaw świadomie prowadzonej polityki historycznej (decyzję z sierpnia 2006 roku wcielono w życie w 2007 roku w dniu rocznicy akcji pod Arsenałem), choć oczywiście należy się zgodzić, że stacja znajduje się, po zmianie planowanej lokalizacji, bliżej Arsenału niż Ratusza. Inna sprawa, że słowo Ratusz również definiowało rzeczywistość i intencjonalnie sankcjonowało powojenny porządek: w tym a tym miejscu znajdują się władze miasta, do których można dojechać metrem (tymczasem ani nie jest to tradycyjne warszawskie miejsce na Ratusz, ani nawet w PRL i obecnie gmach przy pl. Bankowym nie jest siedzibą wszystkich komórek urzędu miasta).

Kolejna stacja, Muranów, nie powstała na fali tych samych oszczędności, które dotknęły stację Plac Konstytucji. Przeniesiona w stronę Arsenału stacja Ratusz (Ratusz Arsenał) nieco pozbawia sensowności plany powrotu do tej inwestycji. Nazwa sprawozdawcza, sankcjonuje powojenny porządek.

Stacja Dworzec Gdański również jest sprawozdawcza, choć daje złudne wrażenie, że sieć metra jest skomunikowana z siecią kolei naziemnej. Tymczasem łącznika stacji metra ze stacją kolejową brakowało przez długie lata i chyba do tej pory jest w budowie, zaś sam dworzec kolejowy, niegdyś istotny, dziś ma drugorzędne znaczenie.

Stacja Plac Wilsona. W planach PRL-owskich miała się nazywać Plac Komuny Paryskiej. W obu wersjach (planowanej i zrealizowanej) sprawozdawcza wobec swojego otoczenia. Postąpiono tu zatem inaczej niż w przypadku Placu Dzierżyńskiego, przyjęto nacechowaną politycznie nazwę placu miejskiego. Być może Komuna Paryska wydawała się bardziej abstrakcyjna i wobec tego mniej konfliktogenna niż "krwawy Feliks".

Wreszcie stacje odcinka żoliborskiego i bielańskiego. Podobnie jak te na Ursynowie, usiłowały ustrukturyzować chaotyczną onomastykę miejską, nawijając kolejne nazwy okolic na linię metra, jak na łańcuszek koralików. Problem polegał jednak na tym, że północne peryferie (peryferia?) Warszawy były od dawna zamieszkane i dobrze znane (zatem oswojone i bardzo gęsto "ponazywane"), zaś termin budowy stacji (pierwsza dekada XXI wieku) zdecydował o tym, że nic co wcześniej ustalone, nie musiało być niezmienne: byliśmy już w pełni społeczeństwem obywatelskim.

Ostała się zatem stacja "Marymont", ale już stację "Park Kaskada" przemianowano, m.in. dzięki dużej społecznej kampanii prasowej (udowadniano, że do owego parku bliżej z poprzedniej stacji "Marymont"), na "Słodowiec" (co swoją drogą, zdaniem znawców, również nie jest do końca sprawozdawcze), a kolejną stację - Bielany - na "Stare Bielany". Następny od centrum "Wawrzyszew" pozostał bez zmian, tak jak i ostatnia stacja "Młociny", choć nazwa tej stacji wymaga komentarza. Otóż stacja ta zlokalizowana jest przy pętli tramwajowo-autobusowej przy południowych obrzeżach huty i obecny "Węzeł Młociny" dla komunikacji naziemnej był przed swoim generalnym remontem i otwarciem stacji metra nazywany jako pętla "Huta". Być może w PRL w celach strategicznych próbowano ukryć, że podziemna kolej dojedzie do dużego zakładu przemysłowego. Dziś nazwa "Młociny" brzmi lepiej niż "Huta", bo huta ograniczyła swoją produkcję (choć nadal działa). Problem w tym, że zastrzeżenia do tej nazwy mają mieszkańcy... Młocin, kameralnego przedwojennego osiedla zlokalizowanego po północnej stronie huty, do których metro nie dojeżdża.

Pierwszą linię metra budowano z południa na północ (z biegiem Wisły) i śledząc nazewnictwo kolejnych stacji w tej kolejności możemy śledzić przemiany w polityce onomastycznej (oczywiście też w estetyce aranżacji wnętrza stacji, ale tym się tutaj nie zajmowałem). Zmiany nazw dotknęły stacje w strefie od Ratusza Arsenału na północ, przy czym nazwy stacji na północ od Ratusza Arsenału zmieniano przed ich oddaniem do użytku (Plac Wilsona, Słodowiec, Stare Bielany), nazwę Ratusza Arsenału z pierwotnej Ratusz zmieniono po 5 latach użytkowania stacji, zaś nazwy którejkolwiek ze stacji na południe od Ratusza Arsenału nie zmieniano wcale).

II linia metra powstanie inną metodą. Najpierw powstanie jej centralny odcinek, który właśnie zaczęto budować, później odcinki peryferyjne (gdzie nie tylko nazwy stacji, ale być może nawet sam przebieg linii będą jeszcze podlegać korektom). Centralny odcinek będzie budowany w dwóch równoległych etapach: (1) z Ronda Daszyńskiego przez Wolę i Śródmieście do Powiśla oraz (2) między Powiślem a Dworcem Wileńskim. Zarówno długość całego odcinka (6 km, 7 stacji), jak i tempo budowy (ok. 4 lat) każą przypuszczać, że decyzja co do nazw stacji, jeśli jeszcze będzie zmieniana, zapadnie jednorazowo. Obecnie zdecydowano, że stacje będą nazywać się kolejno: Rondo Daszyńskiego, Rondo ONZ, Świętokrzyska, Nowy Świat, Powiśle, Stadion, Dworzec Wileński. Wobec planów z PRL (centralny odcinek II linii metra, w odróżnieniu od odcinków peryferyjnych, budowany jest zgodnie z koncepcją z lat 80.), nastąpiła tu tylko jedna zmiana nazewnicza. Stacja Świętokrzyska na II linii miała się nazywać Marszałkowska - metro wszak będzie przebiegać pod Świętokrzyską od ronda ONZ aż za Nowy Świat, a nazwę wzięto od przecznicy, z którą krzyżyje się Świętokrzyska w pobliżu planowanej stacji. Parę lat temu uznano jednak, że stacja, na której krzyżują się dwie linie metra (a taki charakter będzie mieć owa stacja) nie może nazywać się inaczej na każdej z tych linii. Powstanie więc niejako węzeł Świętokrzyska, złożony z dwóch stacji o tej nazwie, połączonych przejściem podziemnym umożliwiającym przesiadki.

Podejrzewam, że niektóre z proponowanych nazw stacji odcinka centralnego II linii metra ulegną zmianom. Stacja "Rondo Daszyńskiego" może okazać stacją "Muzeum Powstania Warszawskiego" (w duchu stacji Ratusz przemianowanej na "Ratusz Arsenał"), stacja "Nowy Świat" - być może zostanie przemianowana na "Uniwersytet" ("sprawiedliwa" analogia do "Politechniki"), a jeśli miastu zależeć będzie na promocji nowych instytucji kultury stacja Powiśle mogłaby przyjąć nazwę "Centrum Nauki Kopernik" albo wręcz "Kopernik". Pozostanie za to nazwa "Stadion", której jakże dalekowzrocznie nie wyposażono kiedyś w przymiotnik "Dziesięciolecia" (ani dziś nie dodaje się "Narodowy"). Podobnie jak przy planowanej stacji "Plac Konstytucji", każdy zidentyfikuje tę nazwę po swojemu. Szkoda tylko, że budowa metra opóźniła się tak bardzo, że na Stadion na "Stadion" nie dojadą kibice Euro 2012. Nazwa stacji "Dworzec Wileński" ma te same cechy, co nazwa "Dworzec Gdański": z jednej strony jest sprawozdawcza, z drugiej czyni jednak pozory, że stacja metra jest częścią owego dworca i że jest to ważny węzeł przesiadkowy na szynową komunikację naziemną (oczywiście, dla wielu osób tak właśnie jest, ale tak się akurat złożyło, że linie warszawskiego metra "zaliczają", zwłaszcza pod względem nazw, akurat te mniej ważne dworce). Na deser zostawiam stacje "Rondo ONZ" i "Świętokrzyska", bo zasadniczo nie ma do ich nazw zastrzeżeń, natomiast mam tu pewien komentarz futurystyczny.

Otóż na stacji "Rondo ONZ" widzę oczami wyobraźni tysiące warszawiaków (i przyjezdnych), którzy właśnie postanowili wyjechać z Warszawy i spieszą się na pociąg na Dworzec Centralny, tłumnie wybiegając z walizami z wagonów metra na peron stacji. Będzie to bowiem stacja zlokalizowana najbliżej Dworca Centralnego spośród wszystkich stacji metra w Warszawie (ze stacji Centrum jest porównywalnie blisko, ale trzeba pokonać Dworzec Śródmieście i labirynt podziemnych korytarzy). Otóż nazwa tej stacji powinna odpowiadać temu, co zastaną tacy kolejowi podróżni po wyjściu z peronu stacji metra. Jeśli będą musieli wyjść na powierzchnię i iść w deszczu, śniegu lub upale po chodniku z kostki bauma wzdłuż Ronda 1, Holliday Inn i Złotych Tarasów po to, by ponownie zejść pod ziemię przy Dworcu Centralnym - nazwę Rondo ONZ zostawmy, nie ma co niczego pochopnie obiecywać zarówno mieszkańcom, jak i turystom. Jeśli jednak przypadkiem zdarzyłoby się tak, że ze stacji Rondo ONZ prowadzi pod Aleją Jana Pawła II PODZIEMNY RUCHOMY CHODNIK wychodzący na przejście podziemne przy przystankach tramwajowych przy Dworcu Centralnym (niejako płaskie schody ruchome w płaszczyźnie horyzontalnej, w stylu pochylni bagażowych na Centralnym, tyle że całkowicie w poziomie - stosuje się to chociażby na dużych terminalach lotniczych) - wówczas moglibyśmy całkiem serio rozważać nazwanie stacji "Rondo ONZ" mianem "Dworzec Centralny - Rondo ONZ".

Przy stacji/węźle "Świętokrzyska" mój komentarz futurystyczny jest innego rodzaju. Oto bowiem z własnego doświadczenia wiem, że jeśli w jakimś odwiedzanym przeze mnie mieście krzyżują się linie metra, to miejsce to postrzegam jako tego miasta centrum - i, co więcej, przeważnie robią tak wszyscy, wobec czego taki punkt przesiadkowy faktycznie staje się centrum: na pewno dla turystów i przyjezdnych, z czasem także dla zasiedziałych mieszkańców i lokalnego biznesu. Jeśli tak by się stało w Warszawie, może stacje węzłu "Świętokrzyska" będzie należało nazwać "Centrum", a z kolei dotychczasową stację Centrum - po wybudowaniu obiecywanych od lat łączników dla pieszych z dworcem kolei podmiejskich, których tory (linia średnicowa) krzyżują się z I linią metra - można by nazwać "Dworzec Śródmieście".

Dodatkowo nazwa węzła "Świętokrzyska", na którym krzyżują się dwie linie metra, będzie o tyle niebezpieczna (i wymagająca zastanowienia, czy jej nie zmienić na cokolwiek), że przybysze z obcych stron, zwłaszcza z zagranicy, będą mogli niesłusznie ale całkiem serio widzieć desygnat tej nazwy w owym krzyżowaniu się linii! Już widzę zagubionych obcokrajowców wypytujących, how to get to the Holy Cross albo wo ist Heiligekreuz? Z czasem będzie to już po prostu niezły żart dla przyjezdnych, ale łatki kraju fanatycznie religijnego nie odepniemy sobie nigdy.

Wszystko zależy od strategii transportowej i komunikacyjnej dla miasta. Widziałem ostatnio wystawę na ten temat i zauważyłem, że planowania długofalowego i dalekowzrocznego, nawet życzeniowego i prostodusznego jak mój powyższy futurologizm, nie ma wcale. Władze Warszawy nie zdają sobie sprawy, że budując II linię metra, dokonują funkcjonalnej i kognitywnej rekompozycji całej struktury miasta.

Dobrze, skoro już językowo jestem gdzie indziej, wracam do pisania Priorytetu.

02:48, erlendur
Link Dodaj komentarz »
Metropolia, czyli jak nazwy stacji metra redefiniują przestrzeń Warszawy. Part One

Postanowiłem, że do zakończenia pisania pracy na konkurs o tytuł zawodowy, nie będę blożył, ale oto nadaża się okazja, aby poczynić od tej reguły wyjątek oną potwierdzający. W nocy z przedwczoraj na wczoraj, mniej więcej dobę temu, po dekadach zapowiedzi, latach projektów i miesiącach postprzetargowych protestów ruszyła w Warszawie budowa II linii metra. Jak mniemam, za parę ładnych lat czcić się będzie inszą datę (może wbicie pierwszego pala w obudowę wykopu, jak w przypadku I linii, co nastąpi za parę miesięcy - wówczas będzie można utrzymywać, że budowa trwała krócej niźli od dziś), ale fakt faktem - w sobotę wieczorem zamknięto dla ruchu odcinek Prostej, a w niedzielę zaczęto usuwać z wygrodzonego terenu jegoż infrastrukturalne pokrycie i nie są to już ani słowa, ani prace przygotowawcze (badania geologiczne, organizacja objazdów), lecz wstęp do wykopania pierwszej stacji i komory dla drążących później tunele tunelowych-bor-maszyn (TBM) (nasi dziadowie i co bardziej oldschoolowi ojcowie określali mianem bor-maszyny wiertło dentystyczne, nasze wnuczęta mieć będą mniej bolesne skojarzenia).

Mógłbym pisać nostalgicznie o tym, jak wychowałem się na dalekim warszawskim West Endzie, częściej zwanym po prostu zadupiem i jak moją dziecięcą wyobraźnię rozpalała wizja powstania w moim najbliższym nejghberhoodzie ostatniej lub przedostatniej stacji II linii metra, która zarazem połączyłaby mój West End bezkolizyjnie z miastem, jak i z niego samego, owego zadupia, miasto miastotwórczo uczyniła. Wizja metra na początku mego osadzenia się w umyśle była mgliście niedookreślona, dotyczyła magicznego kiedyś w przyszłości, gdy ja będę dorosły. Im bardziej dorastałem, tym bardziej II linia metra zbliżała się w czasie (już, już, jak tylko skończymy I linię, zaczynamy II...), a za to oddalała się w przestrzeni (w konsekwencji dziś do planowanej stacji II linii metra, już na pewno nie ostatniej, będę miał dobre pół kilometra, choć mój inspektorat westendowski stoi tam, gdzie stał).

Nostalgię jednak zostawiam na boku. Okazję do zasiąścia przy tekście innym niż moja praca na egzamin o tytuł zawodowy wykorzystam na pewną analizę specyficznego wycinka przezłożonej rzeczywistości warszawskiej kolei podziemnej (nawiasem pytając: często w tym wyrażeniu pada słowo "kolejki" a nie kolei - czy traktujemy metro jako kolejkę, a nie kolej wobec więzi emocjonalnej, jaką ją darzymy?; wobec szczupłych rozmiarów jej sieci?; a może dla odróżnienia od "dużej" kolei będącej ideowym zaprzeczeniem warszawskiego metra? (wolno, brudno, niebezpiecznie)).

Chodzi mianowicie o onomastykę stacji. Nazewnictwo tych nie-miejsc paradoksalnie (bo nie robią tak ani stacje kolejowe, ani przystanki autobusowe czy tramwajowe) strukturyzuje myślenie moje i chyba wielu warszawiaków o swoim mieście, a organa o nazwach decydujące, świadome ich roli w społecznym postrzeganiu MIASTA, kierują się przemyślaną strategią onomastyczną. Dość powiedzieć o trzech charakterystycznych zmianach z ostatnich lat: nazwę stacji Ratusz zmieniono na "Ratusz Arsenał" oraz - jeszcze przed oddaniem tych stacji - nowe przystanki metra na Bielanach: stacja planowana jako "Park Kaskada" nazwana została "Słodowcem", a stacja Bielany - "Stare Bielany".

Zajmijmy się najpierw I linią metra, której stacje zostały nazwane w grudniu 1983 roku przez warszawską radę narodową "po zasięgnięciu opinii mieszkańców Warszawy" (nie były to konsultacje równoprawnych stron, było to zasięgnięcie nieznanych bliżej opinii nieznanych bliżej mieszkańców).

Co do strukturyzowania myślenia o mieście: najbardziej widoczne jest to w dzielnicy Ursynów. Zauważmy, że jechać na STACJE "Ursynów", "Stokłosy", "Imielin", "Natolin" czy "Kabaty", to tyle, co naprawdę jechać na Ursynów, Stokłosy, Imielin, Natolin i Kabaty. Pełne utożsamienie nazwy stacji z obszarem, w którym ona się znajduje, wynika prawdopodobnie z tego, że Ursynów to zurbanizowana część miasta dopiero od 30-40 lat, zaprojektowana od podstaw na polach, łąkach i nieużytkach. Żadne więc nazwy, wzajem sobie przeczące, a dotyczące tego obszaru nie były głęboko zinternalizowane w świadomości warszawiaków (ani tym bardziej przyjezdnych) i wobec tego dyskusji też nie było. Dopiero po wyjściu z peronu widać czasem, że wizje projektantów linii metra i osiedli mieszkaniowych czasem się rozmijały, zdaję się, że ze stacji Ursynów wychodzi się na "Pasaż Stokłosy", zaś ze stacji Natolin na "Pasaż Imieliński". Niewykluczone, że co do tych konkretnych przypadków mogę się mylić, ale co do reguły zaobserwowałem to zjawisko, a nie jestem pewien własnych osądów, bo Ursynów wydaje mi się jedną wielką terra incognita, którą właśnie linearne metro jakoś mi w umyśle porządkuje i tłumaczy (z czasem po śladzie metra poprowadzono pierwszą ursynowską prawdziwą ulicę, Al. KEN).

Inżynieria nazewnicza stacji metra, im bardziej linia szła z Ursynowa na północ w stronę śródmieścia i Młocin, tym bardziej musiała wykazywać się maestrią w kompromisowym godzeniu konfliktów i stwarzaniu postulowanej rzeczywistości poprzez jej nazwanie.

Pewną niespodzianką jest stacja Służew, której nazwie zarzuca się często nieprawidłowość. Jest bowiem Służew nad Dolinką albo Służewiec, sam "Służew" brzmi zarówno mieszkańcom tych okolic, jak i pasażerom z innych części miasta, obco. Oto bowiem od tego rejonu zaczyna się mapa kognitywna Warszawy i przestrzenie stają się nazwane i oswojone. Nazwa stacji: "Służew" - jakoś się przyjęła, nie wiadomo mi o lobby na rzecz zmiany tej nazwy, ale obszar nad stacją wciąż określany jest jako Służew nad Dolinką (i chodzi o zupełnie inny obiekt fizjograficzny niż wykop metra z czasów jego budowy).

Stacja Wilanowska jest z kolei pięknym przykładem skutecznego planowania społecznego. Jest największą stacją na pierwszym oddanym odcinku (od Kabat do Politechniki), wyposażoną luksusowo w liczne ruchome schody, najdłuższy peron na całej linii i posadzki z różnobarwnego granitu (może nawet czegoś lepszego). Twórcy wnętrza słusznie założyli, że nazwa stacji, zaczerpnięta od przebiegającej w pobliżu ulicy Wilanowskiej, kojarzyć się będzie jednak siłą rzeczy z zespołem pałacowo-parkowym w Wilanowie (oddalonym jednak sporo od stacji), postanowili więc (tak przypuszczam), że skoro już jest "wilanowska" z nazwy, to niech będzie też choć trochę wilanowska z wyglądu. Inna sprawa, że można było stację wykończyć mniej elegancko i nazwać np. Dworzec Południowy, ale najwyraźniej sięgnięto po skojarzenia historyczne dla jakichś uprawomocnień w ciągu historycznym (kiedyś pałace tylko dla monarchów, dziś pałace-stacje dla całego ludu?  - cóż, hipoteza na miarę lat 50. bardziej niż 80., ale kto wie...).

Stacje Wierzbno i Racławicka zasadniczo mają nazwy sprawozdawcze, wobec rejonu miasta w pierwszym przypadku i wobec przecznicy, przy której zlokalizowano stacje. Wierzbno jest trochę kamuflażem dla siedziby Polskiego Radia i okolic Telewizji, ale raczej nie widziałbym tutaj szczególnej inżynierii. Racławicka to trochę Wilanowska - znów nazwa przecznicy wywołuje skojarzenia i odsyła do świata nieco dalej, tym razem może nawet do bitwy racławickiej (albo i panoramy racławickiej) i wielkiego zrywu ludowego w formie i narodowego w treści.

Kolejna stacja, Pole Mokotowskie to nazewnicza zagadka. Wywołuje skojarzenia z pierwszym warszawskim lotniskiem, ulokowanym właśnie na owym polu w okresie międzywojennym (a więc sanacyjnym). Dziś Pole Mokotowskie to warszawska świnka morska - ani świnka, ani morska. Ani bowiem nie jest polem - bo jest parkiem, ani też nie jest mokotowskie, bo administracyjnie leży na Ochocie. Stacja tymczasem ulokowana jest między siedzibami uczelni handlowej i rolniczej (obie miały różne nazwy w PRL i dzisiaj) i znajduje się już na terenie Mokotowa. Bałagan!

Stacja Politechnika, ostatnia budowana w PRL i oddana do użytku wraz z wymienionymi wyżej w połowie lat 90., to nazewniczy majstersztyk. Choć nie znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Politechniki Warszawskiej, mówi i przemilcza wiele. Mówi, że w Polsce w Warszawie kształci się inżynierów i techników - robotników, ludzi pracy. Sugeruje więc także, że metro jest dziełem polskiej myśli i realizacji technicznej. Być może mówi też o jedności ruchu robotniczego, wszak Politechnika była miejscem słynnego zjazdu zjednoczeniowego PPR i PPS, a obecny plac Politechniki nosił nazwę placu Jedności Robotniczej. A zatem robotnicy i socjaliści łączcie się, PZPR i młodzi inżynierowie łączcie się, budujmy razem metro, budujmy socjalizm. Ciekawe jest też to, co stacja ta przemilcza: oto bowiem w mniej więcej równej odległości od niej co Politechnika, znajdują się Trasa Łazienkowska i Plac Zbawiciela. Plac Zbawiciela nie brzmiał dobrze w laickim państwie socjalistycznym, to przemilczenie jest w miarę oczywiste i jest swoistą kontynuacją innego "przemilczenia": zaprojektowania MDM i skierowania odbudowanej po wojnie Marszałkowskiej w bok tak, żeby nie prowadziła prosto na kościół, właśnie na kościół Zbawiciela przy rzeczonym placu. Przemilczenie Trasy Łazienkowskiej, wydawałoby się chluby i dumy socjalizmu, ma zgoła inne podłoże. Oto we wczesnych latach 80., zwłaszcza w okresie stanu wojennego, Gierek i zdobycze jego dekady były z punktu widzenia propagandy nie w modzie: raz, że Gierek nas zadłużył, dwa, że pokazał, że nie musi być siermiężnie i smutno, a w latach 80. znowu było.

Następna miała być stacja Plac Konstytucji, ale tę w latach 90. pominięto z opcją wybudowania jej później (na Wilczej jest w podwórku kamienicy stosowna wentylatornia dla przyszłej stacji, sam widziałem). Rzecz o tyle dziwna, że właśnie na pl. Konstytucji I linia miała krzyżować się z III, rezygnacja z tej stacji była postawieniem symbolicznego znaku zapytania nad planami III linii (do dziś nic w tej interpunkcji się nie zmieniło). Nazwa Stacja Plac Konstytucji jest dobra, tak jak nazwa samego placu jest dobra. Każdy może wpisać weń tę konstytucję, którą chce. I choć intencjonalnie chodziło o Konstytucję PRL z 1952 roku, nazwa pozostała do dziś i znaczy tak wiele, a zarazem tak mało, że łączy, a nie dzieli.

W rezygnacji ze stacji Plac Konstytucji chodziło z jednej strony o oszczędności (relatywnie blisko jest stacja Politechnika, choć jak wiadomo, w centrach miast to żaden argument, bo dobrze, gdy stacje są blisko), a z drugiej - o wyjście w pośpiechu z pułapki, którą metro samo na siebie zastawiło. Otóż brak kolejnej stacji, nazwanej Centrum, wszem i wobec poświadczał, że metro z Ursynowa nie dojeżdża nawet do centrum!

CDN.

02:46, erlendur
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 sierpnia 2010
13 największych wpadek wizerunkowych w dziejach wszechświata

Zachęcony wystawą "Wojna światów", w ramach której na Krakowskim Przedmieściu prezentują siebie naprzeciw siebie sportretowani Piłsudski (od strony zachodniej, nieoczekiwanie od strony obrońców krzyża) i Lenin (od strony Komorowskiego, któren jeszcze bardziej jako Ruski będzie się teraz onym kojarzył), dwie twarze "osiemnastej największej bitwy świata", jak w ślad za pewnym dyplomatem i historiozofem ocenia się na tej wystawie (i poza nią) bitwę warszawską 20. roku (przez przeciwników Piłsudskiego i inszych niedoceniaczy zwiadu wojskowego i przeceniaczy ingerencji instancji wyższych zwaną z kolei uparcie cudem nad Wisłą), postanowiłem - korzystając z retoryki z dupy wziętego wyliczenia do osiemnastu i z kontekstu, który niezamierzenie (jako wpadka wizerunkowa) aktualizuje zderzenie światów sprzed 90 laty wprost na konflikt u podnóży gnostyckiego krzyża - skatalogować dla odmiany 13 największych tego typu wpadek.

Po tym przydługim wstępie skonstruowanym w postaci przydługiego zdania, przejdźmy do przysłowiowej rzeczy. Zaznaczę tu w powstępie jedynie, że nie miałem w zanadrzu znajomości całego wszechświata i nieograniczonej mocy przemyślunkowej, propozycja poniższa jest więc siłą rzeczy mocno moja, ale też nie na tyle, bym kiedyś - nawet wkrótce - nie zmienił w czymś zdania i sam siebie ze swoim sobą nie zgodził.

1. Na pierwszym miejscu stawiam rewolucję bolszewicką. Wybór to może nieoczekiwany, ale też niebagatelna przesłanka za nim stoi. Bo nie chodzi tu o przeciwskuteczność nachalnej propagandy, terror brutalnych metod, ani nawet o to, że popsuto PR lewicy na kolejne dziesięciolecia. Chodzi o to, że przy całym swoim radykalnym rewolucjonizmie rewolucjoniści nie byli na tyle radykalni, by na dobre zrezygnować z cyrylicy i przejść na alfabet łaciński. Była to PR-owa wpadka wszechczasów, zarówno wobec tożsamości własnego społeczeństwa, jak i wizerunku na zewnątrz.

Zmieniając alfabet na - jak to się w Polsce mówi - "normalny", pokazaliby przodownicy rewolucji swemu narodowi, że oto idzie prawdziwa modernizacja, że oto biedna Rosja robi skok cywilizacyjny, że nowe treści wymagają nowej formy. Był to przy tym naprawdę ostatni moment na taką reformę, bo poziom analfabetyzmu był jeszcze wysoki i "szerokie masy społeczne" można było uczyć dowolnego sposobu zapisu. Tymczasem rewolucjoniści samoograniczyli się do wprowadzenia zmodernizowanej cyrylicy.

Tym samym w oczach Zachodu, dla którego alfabet łaciński, jest "nasz" i "normalny", Wschód mimo zerwania z caratem i cerkwią, pozostał cywilizacją obcą i jakoś nienormalną, a przy tym nagle pozbawioną systemu aksjonormatywnego i silnego autorytetu władzy (właśnie caratu i cerkwi). Odczuwalne w Europie niebezpieczeństwo zrewolucjonizowanego Wschodu brało się z jego pograniczności, mediumiczności dochodzących stamtąd zapisów, między spowitą aurą cerkwieną cyrylicą a użyteczną świecką łacinką. Coś tak niezrozumiałego jak alfabet cyryliczny jest akceptowalne, gdy stoi za nim silny autorytet, który trzyma w ryzach użytkowników alfabetu i tłumaczy zawartą w niezrozumiałym zapisie myśl na salonach Europy. Obalenie caratu było obaleniem ostatniego tłumacza cyrylicy na świat zewnętrzny. Prywatnie cieszę się, że rewolucja nie wyszła, ale z punktu widzenia rewolucjonistów rezygnacja z użycia zapisu łacińskiego wydaje się wpadką na skalę powodzenia całej rewolucji.

2. Katastrofa sterowca von Hindenburg. Wypadek i pożar, który złamał kręgosłup wschodzącej gwiazdy transportu publicznego, jakim miały być zeppeliny. Błyskotliwa kariera sterowców z lat 20-30 mogła trwać jeszcze wiele lat. Na trasach transatlantyckich mogły konkurować z samolotami (wyścig o dominację był wyrównany; jeśli zeppeliny ustępowały w prędkości, wygrywały w warunkach podróży), prześcigały zaś z pewnością wielkie transoceaniczne liniowce pasażerskie (zapewniając podobnie luksusowy standard i nieporównywanie krótszy czas podróży). Szkoda.

Historia notuje jeszcze co najmniej dwie podobne wpadki wizerunkowo-transportowe:

3. Zatonięcie "niezatapialnego" Titanica. Od tamtej pory nauczono się nie łamać na potrzeby PR-u powszechnego prawa entropii i nie nazywać niczego niezniszczalnym.

4. Katastrofa Concorde'a. I już ponadzdźwiękowo się nie lata.

5. Lot na Księżyc. Fenomenalny wyścig w tak zwanym podboju kosmosu (jacy z nas wciąż próżni kolonizatorzy - ani nam kosmosu podbijać nie wypada, ani się nie uda, to nie ta skala!) okazał się nie służyć niczemu innemu, niż tylko sublimacji wyścigu zbrojeń między dwoma mocarstwami. Z końcem zimnej wojny nic już nie podgrzewa atmosfery wokół kosztownych lotów po nic.

Tymczasem transmisja z lądowania na Księżycu wciąż budzi wiele zastrzeżeń co do jakości technicznej przekazu i co do statusu ontologicznego zdarzenia. Jest to właściwa wpadka PR: oto miliony ludzi na całym świecie nie wierzą w wydarzenie, które niezależnie od tego, czy odbyło się naprawdę czy nie, nie miało żadnego znaczenia faktycznego ("mały krok dla [jakkolwiek pojmowanego zysku] człowieka"). Owszem, miało istotne znaczenie symboliczne ("wielki krok dla [wyobraźni] ludzkości"). Lecz co z tego, jeśli nikt na Księżyc nigdy nie dotarł? Nic na tym nie tracimy ani nie zyskujemy, a w to, że Księżyc wygląda właśnie tak, jak nam się go przedstawia, i tak wierzymy, bo nie jesteśmy w stanie tego zweryfikować (niechcący popuszczam tu fiolkę z zapachem zakładu Pascala)

6. Mur Berliński. Udowodnił królikom z NRD, że ich dom jest więzieniem. Absurd wszelkich niedemokratycznych władz polega na tym, że nie pozwalają one swoim obywatelom na swobodę poruszania (nieautoryzowany wyjazd jest "ucieczką"), umacniając w nich przekonanie o byciu poddanymi kontroli i opresji, niejako osadzonymi na danym terytorium. W zamian rządzący nie otrzymują nic, bo koszt utrzymania sfrustrowanych zniewoleniem obywateli jest wyższy niż wartość wykonanej przez nich pracy (jest to zresztą także paradoks wszelkich obozów pracy, których nie da się wytłumaczyć rachunkiem ekonomicznym - tania przymusowa siła robocza jest i tak droższa niż nie-do-wykonywana przez nią praca). Ciekawe, że nikt w PRL-u nie wpadł na to, że odpowiedzią na niedobory zaopatrzeniowe mogłoby być otwarcie granic: wszyscy, którzy by chcieli emigrować, wyjechaliby, a dla pozostałych może produktów byłoby w sam raz? Państwo i partia zyskałyby status liberalnego wspieracza wyborów obywateli (chętni mogą wyjechać) i gospodarnego redystrybutora dóbr (dzielonych pomiędzy tylko tych, którzy zostali). Może ktoś by nawet postanowił wrócić z emigracji?

7. Przewrót kopernikański. Z teorii heliocentrycznej Kopernika nie ostało się nic oprócz Słońca w środku, a i ono jest niepewne. Układ słoneczny to wcale nie cały kosmos ani jego środek, planet jest więcej niż 6 (przejściowo było 9, obecnie, po dyskwalifikacji Plutona - 8) i krążą one po eliptycznych (a nie kołowych) orbitach. Słońce owszem jest w środku układu słonecznego, ale to jedynie uproszczenie geometryczne, natomiast to, czy Ziemia porusza się wokół Słońca, czy Słońce wokół Ziemi, jest sprawą względną, jak poucza zasada względności ruchu (mówiąc uczenie: oba ciała niebieskie mają równorzędne prawo do statusu punktu odniesienia, względem którego będziemy rozpatrywać zmiany wektora położenia, czyli przysłowiowy ruch). Czy warto było za coś takiego otrzeć się o ekskomunikę i poddać książuchnę rejestracji w Indeksie ksiąg zakazanych?

8. Ładowanie się systemu operacyjnego komputera. Już widzę oczami wyobraźni moje dzieci albo wnuki, które powiedzą wprost: "No ja bym tak nie mógł". Wszystkie urządzenia elektroniczne i elektrotechniczne przyzwyczaiły już nas, że od kilkunastu-kilkudziesięciu lat działają niezwłocznie po włączeniu: telewizor, pralka, samochód, itd. Tymczasem komputer wciąż musi chwilę się poładować od włączenia do bycia sprawnym do obsługi i w tym czasie wyświetla albo garść gówno wartych dla przeciętnego użytkownika danych albo ukrywa to pod maską tapety. Przypomina mi w tym pierwsze radioodbiorniki, które musiały się nagrzać, żeby zacząć odbierać fale radiowe. Znajomi informatycy twierdzą, że komputer musi się ładować, bo taka jego cholerna natura, ale ja wierzę, że za mojego życia dojdzie do tego, że oczekiwanie na załadowanie się komputera będzie momentalne i niedostrzegalne dla niewprawnego użytkownika.

9. Sobór Watykański II. Jaka szkoda, że Kościół katolicki zrezygnował z łaciny jako języka obrządku! Obrzędowość religijna straciła aurę tajemniczości i niedostępności, a wierni nie przestali się od kościoła odwracać (czyli chodziło im jednak o coś innego).

10. Nazwanie Ameryki "Indiami Zachodnimi". Uczestnikom wielkich wypraw geograficznych brakowało za grosz wyobraźni. Jeżeli chętka na oceaniczną podróż na zachód brała się z przekonania, że Ziemia jest kulą i da się od dupy strony dopłynąć do Indii, to to, do czego dopłynęliśmy wyruszając z zachodu Europy, mogło być ewentualnie Indiami Wschodnimi, nieosiągalnymi dotychczasową drogą, która wiodła do ich rzekomych zachodnich rubieży. Wyobraźnia przestrzenna i posługiwanie się geometrią na wycinku kuli były jednak najwyraźniej nieco niedointernalizowane. "Indie Zachodnie" nie były ani na zachodzie Indii, ani w ogóle w Indiach. Wiedza, wyobraźnia i wrażliwość to jednak kwestie historycznie zmienne, terytorialnie zróżnicowane i kulturowo zdeterminowane i być może kiedyś nazywanie Ameryki Ameryką - i w ogóle wszelkich kontynentów i terytoriów w taki sposób, w jaki nazywali je Europejczycy - także będzie traktowane jako poważna wpadka.

11. Atak III Rzeszy na Wolne Miasto Gdańsk. Co prawda wciąż powszechnie przyjmuje się skrót myślowy, że Polacy na Westerplatte walczyli za Polskę, jednak był to tam konflikt dwóch administratorów wspólnie zarządzanego terytorium od nich zależnego. To fakt, że zbiegło się to z atakiem Niemiec na Polskę, jednak sama bitwa w gdańskim porcie jest równie absurdalna co ewentualne potyczki w irackim Tikricie między siłami USA i Polski. W natłoku dalszych zbrodni i okropieństw wojny to międzynardowe faux pas jakoś przeszło mimo uszu. Niemniej, gdyby Niemcy nie zajęły Gdańska i nie wcieliły go do Rzeszy, jego powojenne losy mogłyby być odmienne (może protektorat ONZ?).

W ogóle wywoływanie wojen grozi sporą porażką wizerunkową i może dlatego powoli odchodzi się od tej metody rozwiązywania sporów w stosunkach międzynarodowych.

12. Wyprawa Napoleona na Rosję. Początek końca przygód dzielnego cesarza Francuzów. Przypadek wszystkich jego następców w śmiałym zamiarze dotarcia zbrojnie do Moskwy poucza, że nie uczymy się z historii, nie wyciągamy z niej wniosków - bo zawsze uważamy, że "nie zaszkodzi spróbować, a nuż tym razem się uda".

Pouczenie to jest równoznaczne z porzuceniem nadziei na "światowy pokój" (por. pkt wyżej), bowiem zawsze znajdą się tacy, którzy zagrają "pół na pół" (wygram albo stracę), wierząc bezgranicznie w swoje zwycięstwo.

13. Powstanie Warszawskie. Ostatni przykład z tej wojennej triady, najbardziej zakotwiczony w naszej partykularności z całej prezentowanej trzynastki, ale mający w sobie - jak zobaczymy - przesłanie uniwersalne.

Z przykrością trzeba się zgodzić z opinią Andzeja Wajdy, że walcząc zbrojnie z Niemcami, de facto wywalczyliśmy u Rosjan Wolne Niemcy. Rosjanie, nie chcąc nam pomóc w Powstaniu, zatrzymali się na prawie pół roku na prawym brzegu Wisły, tym samym alianci zachodni mieli czas, by wejść na terytorium Rzeszy od strony Normandii i Włoch i zapewnić im faktyczne wyzwolenie (od faszyzmu), a nie zmianę zniewolenia (z faszyzmu na komunizm). Bez Powstania być może Rosjanie weszliby w Niemcy (i w Europę) szybciej i daleko dalej, a RFN nigdy by nie zaistniało. Dość przewrotny to sens zrywu Tych, którzy chcieli być wolni i wolność sobie zawdzięczać: przegrać, lecz dać wolność wrogowi.

Chichot historii jest jej stałym atrybutem.

03:41, erlendur
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 12 lipca 2010
Trzy triady

Jeszcze w czerwcu podzieliłem moje prawdopodobnie ostatnie trzymiesięczne wakacje na trzy klasyczne części różańca (jako tradycjonalista czwartej nie wprowadzam, choć Leon - gdy konsultowałem z nim tę artykulację - nie omieszkał mi tego zaniechania dekonstrukcyjnie wypomnieć). Intencjonalnie wygląda(ło) to tak:

Lipiec to część bolesna - okres pisania pracy magisterskiej, która zawstydza mnie wciąż swoim nie-do-napisaniem.

Sierpień to część radosna - planowany czas odpoczynku, radosnej przerwy między światem inspektora gabinetowego kształcącego siebie, a światem inspektora światośledczego zawodowego.

Wrzesień to część chwalebna - zdobywam tytuł zawodowy i idę do pracy, najchętniej w moim tytułowym zawodzie w Centrum Poruszyciela Ziemi, a mając w kieszeni i wykształcenie, i stosowne doń apanaże - uniezależniam siebie od Pani Matki i rozpoczynam przegląd kadr na rzecz wyłonienia nowej przyjaciółki cielesno-emocjonalno-umysłowej, zaś powodzenie tej operacji skutkuje pełnią chwały.

To byłaby pierwsza triada.

Oczywiście życie dość szybko zweryfikowało mój ambitny i mieszczański w swej trójpartycji plan, by zaskoczyć mnie wszystkim nie po kolei, a nawet naraz.

Już w nocy z 1 na 2 lipca, na samym początku części intencjonalnie bolesnej, okazało się, że w moim życiu pojawia się chwalebna przyjaciółka, z którą zrealizowany kilka dni później promagisterski wyjazd na badania w teren, nie miał w sobie nic ze smutnej bolesności, a raczej przeciwnie: radośnie łączył zarówno wymogi publicznie naukowego rozumu, jak i aspiracje prywatnie emocjonalnego czucia.

Triada trzech różańcowych części wakacji zostaje zastąpiona triadą trzech pięknych przymiotów przyjaciółki.

Marta ma piękny umysł, który pozwala jej poznawać Prawdę na tych wyżynach poznania, na które ja, z niechęci do zmęczenia, wspinam się rzadko lub nigdy. Zgodnie z zaleceniem Doktora Cecha, wynalazłem partnerkę bardzo inteligentną, a przez to wymagającą i motywującą mnie do samorozwoju. Przy tym jak najdalej jej od wydumanych konwenansów, przesadnego zainteresowania głupstwami i miałkiego przystosowania się do reguł świata. Podobnie jak ja, Marta traktuje świat jako przedmiot twórczego współkształtowania i zdystansowanego wykpienia. Szczególnie ujmujące było to, gdy musiałem jej obiecać, że nigdy nie zgnuśniejemy w domatorstwie! Jakżeż to mój styl, o jakżeż. Oczywiście jak to bywa z jednostkami wybitnymi, czasem uparcie stawia na swoim, ale jak dotychczas, zawsze dobrze na tym wychodzę.

Marta ma też piękną duszę, dzięki czemu wielkie jest w niej Dobro. Ma tak duże serce, że - jak sama zauważyła - natura położyła je w niej poziomo. Doceniam w niej to, że potrafi wyważyć proporcje swego troskliwego zainteresowania mną w taki sposób, bym czuł się zaopiekowany, lecz nie kontrolowany. Czasem czuję, że może jest trochę za ostra w swej nieustępliwej acz powściągliwej dbałości o mnie, gdy np. stawia mi ultimatum, że nie pojedziemy w sierpniu do Słowenii, jeśli nie napiszę wcześniej pracy mgr, ale przecież kryje się w tym ostatecznie bardzo sensowna i konstruktywna wizja dobroci dla mojego dobra.

Marta ma również piękne ciało. Szczerze mówiąc, cielesne jej walory dostrzegłem jako pierwsze, lecz jakoś nie wypadało mi od nich zaczynać. "Lubię jak mnie głaszczesz" - szepce mi ona do ucha, a ja wzruszam się wtedy niemal do łez - z radości, że podoba jej się to, co i mi sprawia przyjemność wielką. Dalsze przykłady dyskretnie przemilczę, ale naprawdę jest o czym milczeć ;-)

Tak oto Marta w swej trójcy Jedyna stała się drugą obowiązującą triadą.

Jednak ona sama występuje z kolei w triadzie 3xPM, czyli Przyjaciółka Marta, Pani Matka i Praca Magisterska. Dzielę swój czas pomiędzy je trzy. Bycie z Martą czyni mi radość, pisanie magisterki wywołuje ból, a chwalę się jedną i drugą przed Mamą. Tak oto pierwsza, różańcowa, triada została przepisana z odcinków wakacji na ośrodki sfer życia.

W tej sytuacji doroczny wyjazd do Słowenii nie jest przesądzony, ale z drugiej strony kto wie, czy może dam się jej namówić, by te wakacje nie były moimi ostatnimi kwartalnymi. Marta dostała się bowiem na studia doktoranckie i ciągnie mnie (zarówno ona, jak i domyślne "to")  ponownie w tym kierunku. Wizja dalszych wspólnych prospekcji terenowych albo wręcz opcja powołania podstawowej komórki ds. odnajdywania szczęścia na świecie, jest badawczo i życiowo kusząca.

22:28, erlendur
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 czerwca 2010
lekka nieznośność odbytu

Jeśli nie można żyć tak, jak by się chciało, to po co żyć?

Kiedyś byłem optymistą. Z czasem zauważyłem, że to niedorzeczne. Optymizm, podobnie zresztą jak i pesymizm są bez sensu, bo zakładają, że istnieje jakiś bieg wypadków, który uczyni, że wszystko będzie dobrze lub też że nie. Tymczasem jest przecież tak, że przysłowiowe wypadki nie rozwijają się linearnie, tym bardziej same z siebie, a gdy już się rozwiną, mogą się nie podobać nawet wtedy, gdy zakładaliśmy niczym Bóg oddzielający światło od ciemnośći, że będzie to dobre albo podobać niespodzianie wbrew przedsądom. Nie ma nic obiektywnie dobrego ani nic obiektywnie złego. To my sami waloryzujemy to, co się nam zdarza z naszym udziałem lub bez niego.

Bezrefleksyjni fataliści są chyba szczęśliwsi. Przede wszystkim ze względu na swą refleksyjność niczego nie analizują, żyją nie myśląc o życiu. Gdy są jednocześnie fatalistami, przyjmują, że jest jak jest, bo po prostu tak jest i być musi zawsze. Nie dostrzegają, że to co wydaje im się naturalne i niezmienne, jest czasem intencjonalnie skonstruowane i zmienne w czasie i przestrzeni, a całe ich życie jest takie proste i przewidywalne, bo opiera się na konwencjach, które są przez nich tak mocno zinternalizowane, że pozostają dla nich przezroczyste.

Uznaję ja ich za głupców nieświadomych niczego, ale też trochę im zazdroszczę a trochę podziwiam. Zazdroszczę, bo wydają mi się szczęśliwi. Podziwiam, bo często dzięki swojemu budowanemu na nieświadomości szczęściu potrafią zrealizować swoje miałkie, ale dzięki temu osiągalne, cele i naprawdę umieją się z nich cieszyć, a nawet gdy nie osiągną niczego, cieszą się przynajmniej tym, że przeżyli żywot swój poczciwie.

Ja nigdy nie będę szczęśliwy, bo za dużo chcę w porównaniu z tym, ile mogę i kiedykolwiek będę mógł, zaś nawet gdy pomału w jakis sposób moje chcenia się ziszczą, nic nie daje gwarancji, że to mnie usatysfakcjonuje. Podobnie nie będę mógł powiedzieć, że co prawda marzeń nie zrealizowałem, ale przynajmniej wiodłem poczciwe życie, bo oznaczałoby to, że jedynym moim sukcesem życiowym było przystosowanie się do oczekiwań otoczenia, a to ciut mało do odtrąbienia sukcesu i umierania z uśmiechem satysfakcji na twarzy.

Chyba więcej uśmiechu dałoby mi odejście wyrażające w języku świata nieprzystosowanie, a w moim - sprzeciw i zarazem bezsilność wobec srania i shit-dziwności owego świata.

Z radością spostrzegłem, że wszystko co osiągalne, spośród tego, co chciałem osiągnąć, osiągnąłem i najlepsze co mnie spotkało w życiu już mnie spotkało. Niespełna ćwierćwiecze i już czuję siebie spełniony.

Nigdy nie będzie mogło być lepiej niż wtedy, gdy co roku miałem trzymiesięczne wakacje, a przez resztę roku studiowałem dla przyjemności i wstawałem najwcześniej na 9.45, gdy poznawałem najróżniejszych nowych ludzi z najróżniejszych nowych światów, by najbardziej polubić Słowenki i Słowenię, a zająć się pozarządowo Islandią, gdy beztrosko lubiło się nowoczesne pociągi i stare mapy, a największym problemem było doraźne zmęczenie i przejściowy pośpiech.

Pani Matka raczyła kiedyś wyrazić opinię, że studia to najlepsze lata życia, które wspomina się przez całe życie. Czyli nigdy nie będzie lepiej. A nie chcę też wiecznie żyć wspomnieniami! Ani planami nie-do-realizacji. Ani konwencjonalnym życiem służącym powołaniu i utrzymaniu kolejnego życia bez przemyślanego sensu.

Czekam teraz na prawa zegara biologicznego, bo nie chciałbym jej robić przykrości za życia. Potem będę mógł robić, co będę chciał. Do tego czasu muszę jakoś przeboleć tę jebaną egzystencję w coraz większym wkurwie.

03:11, erlendur
Link Komentarze (3) »
środa, 26 maja 2010
empatia

Otrzymałem propozycję współpracy ze strony organizacji zajmującej się osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. Nieco strachowe.

Chuj mi mówi to pojęcie i wyczuwam w nim zły possmak fałszem podszytej poprawności politycznej, która dbając o pozory łagodności, chce stygmatyzować, wykluczając ze wspólnoty "normalnych" (kolejne niebezpieczne słowo).

Mówi się, że studenci psychologii chorują kolejno na wszystkie choroby psychiatryczne, o których uczą się na zajęciach.

Ja mam teraz taki problem z niepełnosprawnością intelektualną. Choć intuicyjnie nie godzę się na ten polityczny termin, po sprawdzeniu definicji - kurwa - czuję się nosicielem jej desygnatu, a moja niezgoda na stygmatyzację to pewnie nic innego jak wyparcie własnego problemu ze swoim sobą! To niewywrotne.

Ale po kolei.

Przeczytałem:

"niepełnosprawność intelektualna charakteryzuje się istotnie niższym, niż przeciętnym funkcjonowaniem intelektualnym, z jednocześnie współwystępującym ograniczeniem w zakresie dwóch lub więcej spośród następujących umiejętności przystosowawczych: porozumiewania się, samoobsługi, trybu życia domowego,  uspołecznienia,  korzystania z dóbr społeczno-kulturalnych, samodzielności, troski o zdrowie i bezpieczeństwo, umiejętności szkolnych, organizowania czasu wolnego i pracy".

Co do funkcjonowania intelektualnego, to mam pewne wątpliwości, bo wszak niby nie powtarzałem żadnej klasy ni roku, matura ładna, studia na przyzwoitej uczelni. Z drugiej strony wybrałem kierunek studiów kierując się zainteresowaniami, a nie racjami intelektu, no i chujowo idzie mi pisanie magisterki. Więc kurwa nie wiem.

Bardziej ewidentne są u mnie "ograniczenia w zakresie umiejętności przystosowawczych", mam ich tyle, że chyba rekompensują one w ogólnym rozrachunku moje może "niezbyt istotnie niższe" (lub w ogóle nie niższe) niż przeciętne funkcjonowanie intelektualne.

Moje problemy z umiejętnościami przystosowawczymi zaczynają się oczywiście od zanegowania samego pojęcia i stojącym za nim założeniem. Czy człowiek jest stworzony do tego, żeby się przystosowywać - kurwa - czy też, żeby samodzielnie i twórczo kształtować siebie i środowisko swego życia? Czy styl życia jest nam odgórnie nadany i zadany, a kto robi inaczej, jest nieprzystosowanym inwalidą intelektualnym? Kurwa?!

Na to moi adwersarze powiedzą: ależ Erlendur, ty refleksyjny dupku, czemu wszystko chcesz skomplikować? Trzeba nauczyć się żyć z ludźmi i światem, wieczny krytycyzm, dystans i kontestacja do niczego nie prowadzą. Przystosuj się do normalności, nikt ci jej nie narzuca, ona przecież  j e s t  naturalna.

Wtedy zacząłbym cytować Foucalt o związku tak zwanej wiedzy i tak zwanej władzy, co w oczach specjalistów jeszcze bardziej by mnie pogrążało.

Niestety, niezgoda na zacytowaną definicję niepełnosprawności intelektualnej, czyni mnie podejrzanym, natomiast zgoda wiązałaby się z uznaniem, że jestem jednym z objętych jej zakresem znaczeniowym.

Po kolei wymieńmy umiejętności przystosowawcze i sprawdźmy moje w nich ograniczenia:

- porozumiewanie się - hoho, temat rzeka; po pierwsze, uważam, że komunikacja międzyludzka zasadniczo jest niemożliwa, bo każdy rozumuje i rozumie po swojemu i zgody nie da się osiągnąć często nawet co do zdarzeń, a co dopiero znaczeń; po drugie, często spotykam się z niezrozumieniem, zwłaszcza, gdy posługuję się pojęciami najbardziej dla mnie zrozumiałymi (tzw. problem ikapowego pierdolenia); po trzecie nie idzie mi werbalizowanie stanów emocjonalnych; po czwarte - pisuję w środku nocy wpisy na blog, których nikt nie czyta, a co najmniej nie daje o tym znać, i mimo to myślę, że jest to forma porozumiewania się (ale może nie brnijmy w sranie na metapoziomie, idźmy dalej);

- samoobsługa - ok, podetrę sobie dupsko i umyję zęby, ale np. do niedawna nie potrafiłem zawiązać krawata, a wciąż z trudem przychodzi mi np. samodzielne odebranie telefonu. Każdy kto próbował się do mnie dodzwonić, wie, o czym mówię (por. także umiejętności: "porozumiewanie się" oraz "samodzielność");

- tryb życia domowego - chuj wie, co to dokładnie znaczy, ale zapewne chodzenie spać rano po śniadaniokolacji i wstawanie po południu na kolacjośniadanie (a robię tak zawsze, gdy w perspektywie 24 godzin nie mam wyjścia na miasto), oznacza, że mój tryb życia domowego jest zjebany; dodatkowym argumentem za moim ograniczeniem w tej dziedzinie może być fakt, że całe życie domowe usiłuję ograniczyć właściwie wyłącznie właśnie do snu (plus tam higiena, śniadaniokolacje, kolacjośniadania i blożenie), szukając szczęścia (i częstokroć znajdując je) w aktywnościach, sytuacjach i miejscach pozadomowych. Na domowe ognisko nie mam nawet paleniska;

- uspołecznienie - tutaj mam wątpliwości, jak przy funkcjonowaniu intelektualnym, bo Erlendur jest wśródludzki i żyje niemal wyłącznie wśród, dla i przez ludzi, w społeczeństwie i poza domem (por. pkt. wyżej), w sferze publicznej, a nie prywatnej - do której powrót zawsze prędzej czy później wywołuje doła. Ale to przecież też nie jest "normalne"! Taki przesyt uspołecznienia oznacza, że mam ograniczone rozpoznanie ograniczeń uspołecznienia!

- korzystanie z dóbr społeczno-kulturalnych: gdy na smutnych "Niezasłanych łóżkach" rozchuśtałem śmiechem stopniowo - rząd po rzędzie - całą widownię Muranowa, po tym jak niepotrzebnie rozbawił mnie bohater w stroju krowy; gdy w skansenie bardziej interesuje mnie szukanie autentyczności przez ponowoczesnych turystów niż wnętrze ludowej chałupy; gdy na spektaklu w Teatrze Narodowym chcę wyjść przed przerwą z nudów; gdy nie potrafiłem zgodzić się na kanon lektur szkolnych i sposoby omawiania poszczególnych jego pozycji; gdy nie poszedłem na "Avatara" i tym podobne gówna, które z góry uznałem za gówna; gdy rugam przyjaciela, gdy kupuje książki, zamiast wydać kasę na piwo, a sam wypożyczone książki oddaję do biblioteki zawsze z opóźnieniem; gdy nie znam się na muzyce dawnej, współczesnej, poważnej, rozrywkowej ani żadnej; gdy nienawidzę baunsującego tłumu - zawsze będę sobie teraz powtarzał, że moja umiejętność przystosowawcza "korzystanie z dóbr społeczno-kulturalnych" jest ograniczona;

- samodzielność - była już samoobsługa i można by tu powtórzyć to, co tam napisałem, ale rozumiem, że tym razem chodzi bardziej o samoobsługę świata, niż o samoobsługę siebie; tym razem wspomnę więc o tym, że nie potrafię naprawić komputera, gdy mi się zjebie i mam spore problemy nie tylko z wiązaniem krawatów, ale też przysłowiowego końca z przysłowiowym końcem;

- troska o zdrowie i bezpieczeństwo - ha! niczego przecież bardziej nie pierdolę niż własnego zdrowia, uznając, że niczego takiego jak zdrowie po prostu nie ma i jest to kolejny arbitralnie skonstruowany instrument politycznego zarządzania ludźmi wbrew ich woli; przy takim podejściu o trosce nie może być mowy. Zatem - kolejne ograniczenie!

- umiejętności szkolne - trochę to nieaktualne, ale np. do dziś nie potrafię "ładnie" pisać odręcznie, przez co - pamiętam - przechodziłem z zeszytu w trzylinię na zeszyt w linię jako jeden z ostatnich w klasie; na szczęście trafiłem na polonistkę, którą bardziej niż estetykę zapisu ceniła jego merytoryczną zawartość, więc po latach wylądowałem na Wydziale Polonistyki; ale moje notatki z zajęć są nadal samoczynnie szyfrowane i czasem sam nie mogę rozczytać swoich słów;

- organizowanie czasu wolnego i pracy - co do organizowania czasu wolnego, to trochę zaneguję założenie (czas naprawdę wolny to czas niezorganizowany), a trochę pochwalę się swoją nieograniczonością (planowanie wszelakich wyjazdów, tras zwiedzania, programów wizyt to naprawdę coś co lubię i - sądząc po zadowoleniu współuczestników - potrafię); natomiast organizowanie pracy jest u mnie ograniczone do zasady "rób wszystko na ostatnią chwilę", więc pewnie kolejny raz załapuję się do klasy intelektualnych inwalidów.

Nie mam więc powodów, by jakkolwiek obawiać się podjęcia współpracy z organizacją zajmującą się osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. Oni wszyscy będą tacy jak ja. Tylko po co ich, po co nas, etykietować taką brzydką nazwą? Żyjemy po swojemu w swoich światach. Jak każdy. Z tą tylko różnicą, że nie próbujemy tego ukryć. Bałbym się bardziej tych, którzy budują takie popaprane definicje.

02:31, erlendur
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 maja 2010
entropia

Powszechnym błędem myślenia potocznego jest idące w obie strony utożsamienie porządku z równowagą. Wszystko w porządku, stan stabilny, sytuacja wraca do równowagi...

Otóż zgodnie z prawami fizyki zamieszkiwanego przez nas świata porządek i równowaga to stany sprzeczne i wykluczające się: oto każdy układ izolowany dąży do stanu równowagi, w którym entropia, czyli miara nieuporządkowania układu, rośnie do wartości maksymalnych. Osiągnięcie równowagi jest równoznaczne z osiągnięciem największego nieporządku.

Dopóki nauka fizyki opierać siebie będzie na abstrakcyjnych wzorach matematycznych i zabytkowych narzędziach doświadczalnych (któż nie obserwował z wypiekami na twarzy romansu pani od fizyki z ebonitową rurą?), tak długo z nauczania fizyki społeczeństwo nie będzie pożytku mieć żadnego!

Bardzo niestety, ale trzeba przyjąć, że choć człowiek - jak to się ładnie mówi - miejscowo odwraca entropię, to jednak z nią nigdy nie wygra i walka ta jest bezsensowna. Po pierwsze, utrzymywanie niższego stanu entropii (wyższego stopnia uporządkowania) niż otoczenie, odbywa się kosztem energii. Po drugie, entropia jest na dłuższą metę i tak nieodwracalna.

Porządek to woda w korycie i suchy ląd za wałem przeciwpowodziowym.

Równowaga to równe ciśnienie na powierzchnię obu stron wału przeciwpowodziowego, innymi słowy woda na równym poziomie po obu jego stronach.

Skoro wszystko dąży ku równowadze, a dowiedziono, że dąży, mieszkanie na terenach zalewowych jest łamaniem praw fizyki, nieściganym jednak przez wymiar sprawiedliwości.

Z trwogą słucham poszkodowanych ewakuantów, którzy już snują wizję powrotu do "domostw" i wieloletnich remontów. Powrót do raz opuszczonego w wyniku katastrof naturalnych domu powinien być zabroniony! Pieniądze na odbudowę obiektów zniszczonych będą dosłownie wyrzucone w błoto. Przecież powodzie będą zdarzać się w przyszłości i nawet najlepszy system antypowodziowy nie będzie dawał gwarancji uniknięcia powtórki z historii i powtórnego dizasteru.

Kiedyś w dyskusji "po co nam historia?" uznałem za słuszny głos mówiący o konieczności uczenia się na błędach. Niestety, ten mechanizm się nie sprawdza. Choć wszyscy mają w pamięci poprzednie powodzie, niemal nikt nie postanowił wypierdalać (np. inwestując w nowy dom, a nie remont starego), a są nawet i tacy, którzy na terenach zalewowych zamieszkali całkiem niedawno. Nic tak mnie nie wkurwiło, jak widok nowych budynków-plomb na wrocławskim Kozanowie, gdzie bloki z wielkiej płyty brodziły do wysokości trzeciego piętra w 1997 roku. Nowe budynki mają raptem tylko trzy piętra, ale nie są z wielkiej płyty, lecz z cegły i to już pewnie dawało ludziom złudne poczucie bezpieczeństwa... Ludzie nie uczą się na błędach, zwłaszcza cudzych, bo myślą, że przeszłość to przeszłość, a im tym razem się uda - "jakoś to będzie", a kataklizmy przeminą i będzie można żyć jak "kiedyś". Nostalgia za magicznym kiedyś najbardziej demoralizuje ludzki rozsądek. Czy było na terenach zalewowych jakiekolwiek kiedyś, w którym nie występowało ryzyko zatopień lub choćby podtopień?

Tymczasem może być przecież tak, że kolejna wielka woda przyjdzie przed spłatą kredytu na sfinansowanie remontu po obecnym zalaniu. Dlatego dosadnie mówię o wyrzucaniu pieniędzy w błoto.

W tej sytuacji mój rząd kredytowałby budowę całych nowych miejscowości w nowych bezpiecznych lokalizacjach. Pewnie wyszłoby to też w sumie taniej niż odbudowa i zabezpieczenie przed kolejnymi powodziami tego, co teraz w Polsce znajduje się - powtórzmy: nie pierwszy raz - pod wodą. Na pewno wyszłoby skuteczniej, bo z wodą się nie wygra, jak pouczają: zasada naczyń połączonych i prawo entropii.

23:44, erlendur
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 maja 2010
kosmos

Myślałem, że w ten majowy weekend kontynuować będę mój rekonesans po muzeach na wolnym powietrzu napisaniu pracy magisterskiej służący. Jednak z niechęci do nieprzebranych tłumów mój naturalizowany instynkt człowieczy postanowił mnie zachorować i pozostawić w domu dla uniknięcia nadmiaru ludzi w sytuacji majówki. Zostałem w domu i postanowiłem skorzystać ze świątecznej oferty telewizyjnej.

W efekcie chodzi za mną piosenka "Jeszcze raz vabank", bo mimo ostrożności przy dobieraniu repertuaru, trafiłem na ten jeden z odświeżanych szlagierów polskiej kinematografii i choć były to już w istocie zaledwie napisy końcowe, to ze względu na podłożoną ścieżkę dźwiękową wystarczyło to, by mnie zniewolić.

Oprócz tego obejrzałem też program o początkach i końcach kosmosu. Wreszcie wiem, jak nieszczęśliwy jest mój znajomy Kosmos, który ma stały kontakt z kosmosem. Kosmos się kończy.

Dokument utrzymany był w konwencji przezroczystego spojrzenia, to znaczy twórcy skoncentrowali się na tym, co było widoczne z Ziemi 5 miliardów lat temu i co będzie widoczne z Ziemi za 5 miliardów lat, nie zadając sobie pytania o samą możliwość tego spojrzenia. Wzruszająca scena zderzenia Drogi Mlecznej z mgławicą Andromedy zakładała, że przy tym wszechświatowym kataklizmie Ziemia trwać będzie niewzruszenie, a na niej pozostawać będą przy życiu istoty zdolne do rozumnej percepcji. Kolejny raz kłania się założenie, że ludzkość dożyje (a w tym wypadku nawet przeżyje) koniec świata.

Astronomowie na tym filmie ze znawstwem patrzali w niebo, jakby wciąż wierzyli, że jest to jedno z dwojga pewników świata, a przypomnę, że widząc choćby dwie gwiazdy mamy wgląd w coś zupełnie niepewnego, bo zawieszonego w trójczasie. Gdy bowiem:

a) gwiazda 1 oddalona jest o 1 rok świetlny od Ziemi

b) gwiazda 2 oddalona jest o 2 lata świetlne od Ziemi

c) ciemność nieba spowodowana jest bieżącym pozostawaniem Ziemi we własnym cieniu

to warunkiem widzenia jest sytuacja obserwatora w czasie teraźniejszym, a to co widzi to obraz gwiazdy 1 sprzed roku i gwiazdy 2 sprzed 2 lat.

A gwiazd widać znacznie więcej niźli dwie i oddalone są o znacznie dłużej niż 1-2 lata świetlne.

Chuj raczy zaręczyć, że którakolwiek z nich jest pewna, to znaczy, że faktycznie istnieje w momencie obserwacji, dawno mogła wszak wybuchnąć w pizdu, uprzednio wyemitowawszy falę świetlną, która dopiero do nas dochodzi.

Jeśli jakas gwiazda jest oddalona o choćby 100 lat świetlnych, umierający w wieku 99 lat astronom nawet nie dożyje chwili, gdy do jego teleskopu doleci światło wyemitowane przez tę gwiazdę w chwili jego narodzin.

Dlaczego nikt na to nie zwraca uwagi? Dlaczego nikt nie mówi nieznośnym smarkaczom, że aby ujrzeć przeszłość i to odległą, wystarczy unieść łeb w górę w gwiaździstą noc? Że gwiazdy na niebie nie są gwiazdami, lecz ich obrazami, każdy o inszej długości/czasowości dolotu do naszych źrenic? Że akurat niebo gwiaździste wcale nie jest pewne? Że Kant się mylił, dając fatalny przykład najbardziej z dupy?

Mój przyjaciel kazał mi napisać pracę emgieer niezwłocznie i tak też uczynię, niepowielając błędów obstrukcji/nadgorliwości, jakie wielokrotnie czyniłem w źle pojętym abstrakcyjnym interesie. Trzeba najeść się cudzego srania czyniąc stosowne przypisy i wysrać czym prędzej to, co trzeba, by ulżyć jelitom, a czy będzie z tego dyplom z wyróżnieniem czy nie, to nieistotne wobec niepewności i nieuchronności kosmicznych. Już samo humanistyczne źródło dyplomu przesądzać będzie o jego zasadniczej gównowartościowości w kryteriach świata, dlatego czym prędzej trzeba go zdobyć bez przejmunku, a następnie zająć się tym, czym od dawna należy i zapomnieć o wszelkiej nieprzyjemności.

23:33, erlendur
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
następne
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Ostatnie wpisy
  • Hazard i burdel*
  • Dopalacze i niedopałki
  • Metropolia... Part Two
  • Metropolia, czyli jak nazwy ...
  • 13 największych wpadek ...
  • Trzy triady
  • lekka nieznośność odbytu
  • empatia
  • entropia
  • kosmos
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog